|
|
|
| » fans / fan ficki / PROLOG |
- Jesteś już gotowa.
Skinęła głową. Nawet lekki uśmiech nie pojawił się na jej twarzy, tylko
wyraz absolutnego skupienia poza zwyczajowym wyrazem surowości.
- Opanowałaś tę technikę do końca - Dodał starzec, choć już zupełnie
niepotrzebnie.
Odwróciła się do niego plecami. W swej łaskawości pozwoliła tym
śmiesznym istotkom mówić do siebie per ty. Zresztą gdyby nawet wyjawiła
im, kim jest, nie uwierzyłyby. To nie miało żadnego znaczenia. Starzec
nie powiedział już nic więcej. Znał tę kobietę wystarczająco długo, by
wiedzieć, że jej gniew bardzo łatwo wyzwolić. A jednak ta dumna osoba
zniżyła się niemal do błagania, by nauczył ją techniki teleportacji.
Planetę Yardrat odwiedzało bardzo niewielu obcych. Pewnie dlatego, że
leżała gdzieś na uboczu wszechświata. Jej mieszkańcy bardzo się z tego
cieszyli. Ostatnim, który tu zawitał, był niezmiernie miły i uprzejmy
człowiek. Kiedy to było. Dawno. Ta dziewczyna była do niego zdumiewająco
podobna, ale wyraz jej oczu diametralnie różnił się od tamtych, pełnych
ciepła i serdeczności. Nieważne.
Kobieta zerknęła przez ramię, jakby chciała coś powiedzieć, ale z jej
ust nie wydobyło się ani jedno słowo. Tylko w oczach zabłysło coś na
kształt podziękowania. Jednocześnie dostrzegł w nich wyraźne przesłanie,
że powinni dziękować swym bogom, że nie obróciła ich planety w perzynę.
Jednak nie wierzył, by w jej duszy kryło się zło. Dziewczyna odwróciła
się i podążyła w stronę swego statku. Opuszczała to miejsce na zawsze.
- Powodzenia, księżniczko.
- Powodzenia, księżniczko.
Nawet nie drgnęła. Nikt oprócz jednego człowieka nie wiedział, kim była.
Jego właśnie chciała odnaleźć. Teraz już nic jej w tym nie przeszkodzi.
Maleńki statek przemierzał przestrzeń, unosząc w swym wnętrzu tylko
jednego pasażera, właścicielkę. Dziewczyna usiadła właśnie w kajucie,
uprzednio obrawszy kurs. W końcu posiadła technikę, która jako jedyna
umożliwiała jej odnalezienie każdego człowieka w całym wszechświecie.
Jednak jeszcze nie chciała tego robić. Musiała nacieszyć się tą
świadomością, pragnęła tego. Po tak wielu latach w końcu znów go spotka.
Już nigdy się nie rozdzielą. Nigdy.
Minęło jeszcze wiele dni, nim w końcu czuła się gotowa wyruszyć w podróż
poprzez przestrzeń. Może trochę kierowała nią niepewność. Nie wiedziała,
choć chciała wierzyć jak najmocniej, czy człowiek, którego tak pragnie
odnaleźć, żyje. Był przecież osobą, dla której niebezpieczeństwo było
chlebem powszednim. Rzucał się w wir walki bez wahania i każdego dnia
mógł spotkać się z przeznaczeniem. Jednocześnie był najpotężniejszym
człowiekiem, jakiego znała. O to więc nie powinna się martwić. Ale było
coś jeszcze. Gdy wiele lat temu, pamiętała ten dzień, jakby to było
wczoraj, przyniesiono jej wiadomość, że jej rodzinna planeta zniknęła z
map wszechświata, poczuła ból, istnienia jakiego do tej pory nawet nie
podejrzewała. Właściwie już wcześniej czuła, że stało się coś
strasznego. Głęboko w duszy usłyszała krzyk milionów istot, jej
pobratymców, których spotkała zagłada. Mówiono, że to meteor zniszczył
ich świat, ale przecież tej Galaktyki meteory nie odwiedzały. Dopiero
wiele lat później, częściowo dzięki własnej inteligencji, częściowo z
pogłosek zasłyszanych tu i ówdzie, dowiedziała się całej prawdy, że ich
świat został zniszczony przez najeźdźcę z kosmosu, przez kogoś, kto
właściwie był ich sprzymierzeńcem. Tyran Freezer wysadził Vegetę ze
strachu, że rasa Saiya-jinów, najpotężniejsza we wszechświecie, kiedyś
zwróci się przeciw niemu. Jej święta Vegeta w jednej chwili rozpadła się
na miliardy cząstek gwiezdnego pyłu. Nikt nie ocalał. Musiała wierzyć,
że ten, którego opuściła w swej bezmyślności, jakimś cudem uniknął
śmierci. Musiała mu powiedzieć, jak bardzo.
Nadszedł dzień, gdy już nie mogła odkładać swej podróży. Drżała na całym
ciele, gdy tak stała na środku statku z zaciśniętymi powiekami, gotowa
od dawna. W końcu przed jej oczyma pojawił się obraz mężczyzny, którego
tak bardzo pragnęła odnaleźć. Skupiła na jego wizerunku całą energię i.
Nie wiedziała, jak długo to trwało. Po prostu nagle poczuła, że znajduje
się zupełnie gdzie indziej, na otwartej przestrzeni. Bała się otworzyć
oczy, ale już czuła szaloną nadzieję. Jeżeli transfer się udał,
oznaczało to, że on żyje. Nie było innej możliwości.
Tylko , jak również .
|
|